poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pielęgnacja końcówek - jak ograniczyłam łamanie i rozdwajanie suchych włosów

Błędy...

Od linii żuchwy w dół moje włosy są suche i zniszczone, im niżej tym bardziej.
Będą takie bez względu na stosowaną pielęgnację - mogę wgniatać w nie najlepsze olejki, nakładać maski i obsesyjnie zabezpieczać silikonami, a one nie zmienią się do momentu ścięcia. Doprowadziłam je do takiego stanu beztroskim katowaniem prostownicą, późniejsze farbowanie na blond tylko je dobiło.

Decyzje z początków włosomaniactwa były kompletnie nietrafione - zachłysnęłam się "naturalną i bezsilikonową" pielęgnacją, skreśliłam silikony i wierzyłam w każde słowo odkrytej Blogerki zamiast na własną rękę zgłębić temat i w ogóle sprawdzić czym są te wszystkie substancje.
Odstawiłam silikony na pół roku (!). Początkowo efekty pielęgnacji były zaskakujące i zadowalające, jednak im dłużej nic nie zmieniałam tym było gorzej.
Nie wróciłam do silikonów z dnia na dzień - zanim ponownie im zaufałam potrzebowałam czasu na zrozumienie ich działania i przekonanie się, że nie są wcale takim złem, jakim je okrzyknięto.

Chociaż wydawało mi się, że powinno być coraz lepiej, włosy nadal niszczyły się w tym samym tempie.
Popełniałam dwa duże błędy - zmywałam olej szamponem i nie dbałam o równowagę humektantów, protein i emolientów w pielęgnacji. Byłam przekonana, że mycie łagodnym szamponem jest wystarczająco delikatne, a dobór masek i odżywek był kompletnie przypadkowy.

Kolejnym błędem, którego długo nie mogłam wychwycić, było podcinanie włosów kiepskimi nożyczkami.
Te, którymi podcinałam włosy przez prawie rok, zwyczajnie miażdżyły końce (kupione chyba w Naturze, Elite Models).

Do tego należy dorzucić regularne farbowanie oraz czesanie plastikową szczotką.


... i dobre decyzje:


Zmiany wprowadzałam stopniowo, a na efekty musiałam trochę poczekać.
Niestety to nie jest tak, że włosy z dnia na dzień przestają się niszczyć, nawet świeżo podcięte i otoczone troskliwą opieką. Warto być tego świadomym i uzbroić się w cierpliwość. :)

Na poprawę stanu końcówek mają wpływ wszystkie działania wymienione poniżej - jedne większy, inne mniejszy. Żaden sposób nie jest jedynym słusznym, warto pozwolić im się uzupełnić.
Dbanie o końce to proces, a sukces to suma efektów wszystkich działań - od mycia, przez odżywianie i czesanie po sposób traktowania włosów w ciągu dnia (upinanie, przeczesywanie palcami, przygniatanie torbą itd.).

Istotna informacja o której zapomniałam - unikam ziół! Stosuję je jedynie na skórę głowy, ziołowe odżywki i maski już dawno rozdałam. Podczas analizy składu odżywki zwracam uwagę na proporcje emolientów i ewentualnych ekstraktów, bo nie zawsze da się uniknąć ich obecności np. w balsamach Planeta Organica, które moje włosy bardzo lubią.

  • Olejowanie przed każdym myciem.Zaczęłam regularnie olejować włosy 2 lata temu, zaraz po odkryciu włosomaniactwa.
    Nie rezygnuję z tego kroku nawet, jeśli mam bardzo mało czasu. Nie nakładam oleju tylko wtedy, kiedy chcę oczyścić włosy.
    Tak jak już pisałam tutaj, olej tworzy na powierzchni włosa film, który zatrzymuje dostarczone wcześniej nawilżenie, wygładza, uelastycznia, nabłyszcza i chroni przed działaniem detergentów oraz częściowo przed uszkodzeniami mechanicznymi.
    Oleje to emolienty - warto przeczytać podlinkowany post by zrozumieć w jaki sposób działają i dlaczego twierdzenie, że oleje nawilżają jest błędne. Polecam również post o współdziałaniu i zależnościach trzech głównych grup składników
  • Ograniczenie mycia długości szamponem do minimum.
    Wybitnie sucha i zniszczona długość po prostu tego nie potrzebuje.
    Cenna warstwa emolientów (olejków, silikonów, alkoholów tłuszczowych) jest takim włosom potrzebna, a do pewnego momentu jej gromadzenie na powierzchni włosa jest wskazane - to m.in. ona odpowiada za miękkość, elastyczność, sypkość i gładkość. Zbyt częste zdzieranie jej, nawet delikatnym szamponem, jest niewskazane w przypadku włosów suchych i kruchych.
    Sama bardzo długo popełniałam ten błąd nie zdając sobie sprawy, że niszczę efekty sumiennej pielęgnacji.
    Ze zmyciem nadmiaru oleju świetnie poradzi sobie odżywka, więcej na temat emuglowania oleju odżywką tutaj.
  • Zabezpieczanie po każdym myciu.
    Bezwzględnie przestrzegam tego punktu.
    Nakładam serum na wilgotne włosy - rozsmarowuję kroplę w dłoniach, wgniatam, a następnie przeczesuję długość palcami. Zabezpieczam całą dolną połowę długości pamiętając o tym, że nie tylko końcówki są narażone na uszkodzenia mechaniczne.
    Zrezygnowałam z czystych olejków na rzecz serów, te pierwsze są niestety zbyt delikatne dla moich bardzo suchych i kruchych włosów. Czasami dodaję kroplę olejku do serum.
  • Stosowanie silikonów.
    Punkt bezpośrednio powiązany z powyższym. Oprócz silikonowych serów stosuję odżywki i maski z tymi substancjami. Wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo trafić na dobry produkt łączący silikony i inne emolienty, a jeśli kiedykolwiek znajdę kosmetyk zawierający ciężki silikon to będzie cud. :)
  • Zakwaszanie włosów.
    W pielęgnacji włosów wysokoporowatych regularne przymykanie łusek niskim pH (czyli chwilowe obniżanie porowatości) jest równie ważne co powlekanie włosa emolientowym filmem.
    Mniej rozchylona łuska to mniejsza podatność na uszkodzenia. Jeśli dodatkowo obuduje się łodygę włosa proteinowym rusztowaniem będzie on grubszy i jeszcze lepiej zabezpieczony.
  • Dbanie o równowagę humektantowo-proteinowo-emolientową.
    Humektanty, proteiny i emolienty to składniki, które wzajemnie świetnie się uzupełniają - nie bez powodu każda maska czy odżywka zawiera przynajmniej jedną substancję z każdej z wymienionych grup.
    Zadbanie o ich równowagę w pielęgnacji umożliwia wzmocnienie włosów i poprawę kondycji nawet bardzo zniszczonej długości. Niestety dla każdych włosów ta równowaga znajduje się w innym punkcie, jednak warto cierpliwie obserwować włosy by odnaleźć złoty środek metodą prób i błędów.
    O współdziałaniu i zależnościach pomiędzy humektantami, proteinami i emolientami.
    O humektantach.
    O proteinach.
    O emolientach.
  • Podcinanie ostrymi nożyczkami.
    Jedyna fryzjerka, której ufam, mieszka w Gdańsku i niezbyt często mam okazję się do niej wybrać, dlatego uzbroiłam się w odpowiednie nożyczki i podcinam włosy w domu.
    Jak już napisałam wyżej, pierwsze nożyczki były po prostu bublem (Elite Models, 20-30zł). Po podcięciu zmiażdżone końcówki rozdwajały się jak szalone, a zrozumienie tego zajęło mi zdecydowanie zbyt dużo czasu.
    Zaopatrzyłam się w nożyczki KraftStil Germany z regulacją docisku (40 złotych na Allegro) i po dwóch cięciach jestem z nich bardzo zadowolona. Więcej napiszę o nich za ok. dwa miesiące.
  • Związywanie włosów na noc.
    Nie jestem już w stanie zasnąć w rozpuszczonych włosach. :) Najczęściej robię koczka na wysokości ucha - owijam go kawałkiem materiału i związuję grubą frotką. W ten sposób unikam brzydkich odgnieceń i ciągnięcia (mam bardzo wrażliwą skórę głowy).
    Nie lubię zaplatać warkocza, rano zamiast estetycznych fal mam na głowie siano spowodowane zbyt "drobnym" falowaniem. 
  • Rozczesywanie szczotką z włosia dzika.
    To moja ulubiona szczotka i jej używam najczęściej - jest bardzo delikatna, radzi obie nawet z najgorszymi kołtunami i ładnie wygładza włosy. Dodatkowo nie niszczy kruchej długości i nie powoduje łamania w przeciwieństwie do wszelkiego rodzaju plastikowych szczotek.
    Żeby nie było, posiadam plastikową szczotkę i używam jej średnio raz dziennie - zwykły plastik za 10 złotych, ale mam do niej sentyment. Jest ze mną dokładnie od 24 marca 2012 roku, kupiłam ją w dniu wyjazdu na swój pierwszy półmaraton. :)
    Na pewno kupię kiedyś TangleTeezer, ale aktualnie bardziej zależy mi na wymianie szczotki z włosia. 
  • Ograniczenie farbowania długości do minimum.
    Nie ma nic, co niszczy moje końce równie szybko i mocno co farba. Staram się unikać nakładania jej na długość, ale czasem po prostu muszę odświeżyć kolor i wiem, co czeka mnie przez kolejny miesiąc - mozolne doprowadzanie włosów do porządku. 
  • Noszenie upiętych włosów.
    Staram się jak mogę, ale nic nie poradzę na to, że najlepiej czuję się w rozpuszczonych.
    Przekonałam się jaką "moc" ma związywanie włosów podczas kilku tygodni codziennego upinania - łatwiej utrzymać dobrą kondycję końców, problem puszenia przestaje istnieć. Więcej tutaj.
  • Używanie odpowiednich gumek, spinek i wsuwek.
    Tak samo jak w przypadku przyborów do rozczesywania włosów ważny jest materiał - gumki powinny być miękkie i elastyczne bez żadnych metalowych elementów i wyraźnych, twardych miejsc klejenia. Lepiej unikać zbyt cienkich gumek (siły rozkładają się zupełnie inaczej niż w przypadku grubej, miękkej gumki - cienki paseczek ściska małą powierzchnię włosów i "przecina" je w konkretnym miejscu) i tych z plastikowymi ozdobami.
    Wsuwki i żabki powinny mieć gładkie brzegi (zwróćcie uwagę na zakończenia z kuleczkami, nie raz widziałam ostro zakończone kokówki i wsuwki, szkoda włosów).
  • Delikatne traktowanie.
    Kilka lat noszenia ciężkiej torby na prawym ramieniu doprowadziło do wykruszenia włosów z prawej strony głowy - nieświadomie przygniatałam je codzienne doprowadzając do ich łamania i urywania.
    Po 6 latach włosy po prawej stronie są przerzedzone, kruche i znacznie krótsze niż te po lewej. Różnicę widać gołym okiem.
    Gdy zrozumiałam jaką krzywdę sobie zrobiłam zaczęłam zwracać uwagę na włosy w ciągu dnia. Zawsze przerzucam je przez ramię gdy wychodzę z torbą lub opieram się o krzesło, koki rozplatam najdelikatniej jak potrafię, staram się panować nad dotykaniem włosów.

Jak zabezpieczacie końcówki?
Znacie kosmetyki zawierające ciężkie silikony?

środa, 9 kwietnia 2014

Cedrowa odżywka Planeta Organica

Jedna z moich ukochanych odżywek. Dokładnie to, czego szukałam od kilku lat.

Cena: 14-20zł / 360ml
Warto poszukać promocji - najczęściej można na nią trafić w sklepie SkarbySyberii.



Skład:

Aqua - woda

Cedrus Deodara Wood Oil - olej cedrowy, emolient, działa zmiękczająco i kondycjonująco na włosy, stosowany przy łojotoku i łupieżu - zapobiega ich powstawaniu, tonizuje skórę i działa przeciwgrzybiczo

Dicocoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate - antystatyk, kondycjoner, wygładza i ułatwia rozczesywanie włosów

Cetearyl Alcohol - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, często komedogenny; tworzy film, który zatrzymuje wilgoć, zmiękcza, wygładza i pośrednio nawilża włosy i skórę

Ceteareth-20 - emulgator, tworzy film, który zatrzymuje wilgoć; zmiękcza i wygładza włosy/skórę, substancja myjąca wrażliwa na zmia ny pH

Arctium Lappa Seed Oil - olej z łopianu większego, działa przeciwłupieżowo, kojąco i przeciwświądowo na skórę głowy, pobudza cebulki

Urtica Dioica Extract - wyciąg z pokrzywy, wzmacnia włosy, zapobiega nadmiernemu przetłuszczaniu się skalpu, jest pomocna w leczeniu łupieżu; w przypadku bardzo wrażliwej skóry może powodować reakcje alergiczne

Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride - antystatyk, ułatwia rozczesywanie włosów

Cellulose Gum - emulgator, stabilizator, regulator lepkości

Parfum - zapach

Citric Acid - kwas cytrynowy, regulator pH, rozpuszcza się w wodzie

Benzyl Alcohol - konserwant dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych

Benzoic Acid - konserwant

Sorbic Acid - kwas sorbowy, konserwant dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych


Jeśli wierzyć składowi mamy do czynienia z zaskakująco dużą ilością olejku cedrowego.
Dużo emolientów w towarzystwie antystatyków - to tłumaczy dociążenie i wygładzenie.

Zastanawia mnie czy olejki ziołowe (takie jak łopianowy) mają zdolność do przymykania łusek włosów.

Opinia, działanie:

Zapach typowy dla serii kosmetyków z olejkiem cedrowym - nieco słodki i duszący, ciężko porównać go do czegoś konkretnego. Kojarzy mi się trochę z męskimi perfumami, na włosach jest bardzo delikatny i nie utrzymuje się zbyt długo.
Odżywka jest gęsta i dość wydajna, łatwo się rozprowadza. Po spłukaniu włosy są wyraźnie wygładzone i dobrze rozdzielone.

Najczęściej pozostawiałam ją na włosach na ok. 30 minut - wydłużenie czasu trzymania nie wpływało znacząco na efekt.

Odżywka przede wszystkim pięknie dociąża i wygładza długość.
Nałożona po olejowaniu (zwłaszcza tym sposobem) czyni cuda, ciężko przestać dotykać włosów - są miękkie, śliskie, elastyczne, sypkie i lśniące. Niestety trzeba liczyć się z częściową utratą objętości.

Zastosowana na oczyszczone włosy świetnie radzi sobie sama, dobrze dociąża i wygładza pomimo braku wspomagania olejowej warstewki. :) Ze względu na swoje "mocne" działanie jest idealna na wszelkie wyjazdy czy szybkie mycie włosów, gdy chcemy uzyskać możliwie najlepszy efekt przy minimalnym wysiłku.

Nie odważyłam się nałożyć jej na skórę głowy - bez zastosowania szamponu przyklap roku byłby gwarantowany, a muszę zaznaczyć, że moim zdaniem jest wiele bardziej bezpiecznych i wartościowych produktów, które możemy zastosować na skalp przed myciem.

Dla kogo?
Przede wszystkim dla każdej posiadaczki włosów sianowatych, spuszonych, suchych, wysokoporowatych. 
Produkt zasługuje na uwagę dziewczyn, którym zależy na rozprostowaniu i wygładzeniu włosów bez użycia prostownicy i suszarki.
Nie znaczy to, że odżywka nie nadaje się do włosów falowanych czy kręconych. :) Ze względu na swoje mocno wygładzające i dociążające właściwości idealnie wpisuje się w wymagania dziewczyn dążących do prostej, gładkiej tafli, jednak nie ma problemu z nadaniem włosom skrętu. Może on być nieco rozluźniony (cięższe włosy), ale za to pięknie podkreślony.

W zestawie z olejem może obciążyć włosy średnio i niskoporowate, jednak prawdopodobnie wystarczy tylko zrezygnować z  wcześniejszego utworzenia emolientowego filmu, by odpowiednio dociążyła długość samodzielnie.
Jest na tyle ciężka, że nadaje się do nałożenia przed myciem.

Jest to jedna z najlepszych odżywek z jakimi się spotkałam. Po wielu miesiącach stosowania najróżniejszych kosmetyków mogę śmiało stwierdzić, że efekty jakie u mnie daje są spektakularne.

Z ciekawości wzięłam też wersję z oliwą toskańską (jest lżejsza) i wiem, że nie oprę się również tej z olejkiem rokitnikowym. :)
Na pewno pokuszę się o porównanie wszystkich trzech.
Macie, lubicie?

środa, 2 kwietnia 2014

Ratowanie dłoni po ekstremalnym przesuszeniu - obraz prawdziwej desperacji:)

Niestety również w tym roku nie udało mi się uniknąć gigantycznego przesuszenia skóry dłoni.
Przyszło nagle i od tej chwili rozwinęło się w zawrotnym tempie - w najgorszym momencie skóra na dłoniach była szorstka, twarda, czerwona i popękana. Żadne z tych słów nie jest przesadzone.

Przesuszenie było tak zaawansowane, że w skórze powstały setki ranek niewidocznych gołym okiem.
Zginanie palców i mycie rąk sprawiało mi ból, jednak najgorszy był ten po wsmarowaniu kremu - jakby tysiące igiełek wbijało się w skórę powodując szczypanie i pieczenie. Po paru minutach biegłam do łazienki dokładnie umyć dłonie, uczucie było nie do zniesienia.

Próby doprowadzenia skóry do ładu były pełne dziwnych wyborów i złych decyzji (m. in. wspomniany wyżej krem:)). Cały proces mogę śmiało określić jako kompletny chaos, dlatego punktowanie w kolejności stosowania jest niewykonalne. :)
Chciałabym jedynie podkreślić, że zaczęłam od smarowania dłoni olejem. Jako jedyny w ogóle mnie nie szczypał i świetnie redukował uczucie napięcia.

Pomimo nadchodzącej wiosny ten problem nadal mnie nie opuścił - z rękawiczek już zrezygnowałam, a chłodne poranne/wieczorne powietrze nie zna litości.


1. Bawełniane rękawiczki.
Kupione w Rossmannie za 10 złotych. 
Absolutna podstawa w przypadku regeneracji skóry w opłakanym stanie. Genialny wynalazek pozwalający na nałożenie dowolnego produktu i spokojny sen bez obaw o pościel lub włosy.
W ciągu dnia pozwalają normalnie funkcjonować pomimo olejku lub grubej warstwy kremu na dłoniach - nie ma problemu z obsługą ekranu dotykowego.
Na początku trochę mi przeszkadzały podczas zasypiania, dzisiaj w ogóle nie zwracam na nie uwagi...
Chociaż nadal zdejmuję je przez sen i rano znajduję gdzieś na podłodze lub w okolicach poduszki. :)


2. Oleje i masła.
Głównie olejek Babydream fur Mama i masło shea, ale również olej ze słodkich migdałów i olejek Palmers.
Pomogły mi wygrzebać się z najgorszego stanu, gdy skóra była pełna mikroskopijnych ranek.
Po nałożeniu nic nie piekło ani nie szczypało w przeciwieństwie do kremów. Skutecznie zmniejszały napięcie skóry i związany z nim dyskomfort, zmiękczały i wygładzały.
Niestety samo natłuszczanie nie wystarczało i po wstępnym zagojeniu oleje zeszły na dalszy plan.


3. Peeling.
Twarda, szorstka i gruba warstwa naskórka aż się prosiła o peeling.
Posiadam tylko jeden - domowej roboty pastę migdałową o dość dużych drobinkach. W swojej roli sprawdziła się świetnie, nie podrażniła wrażliwej skóry, dobrze wygładziła i lekko ją natłuściła.
Używałam jej codziennie lub co drugi dzień wieczorem przed nałożeniem nocnej porcji kremu lub olejku.
Zdarzyło mi się też nałożyć krem z kwasem migdałowym o właściwościach złuszczających, jednak nie stosowałam go na tyle regularnie, by doczekać efektów.


4. Gliceryna i nafta kosmetyczna.
Czyli desperackie próby zatrzymania chociaż odrobiny nawilżenia w skórze, które dają bardzo dobry efekt
Po wsmarowaniu gliceryny w dłonie odczekuję pół minuty i na nią nakładam zwykłą naftę kosmetyczną lub krem z bazujący na parafinie/wazelinie. Teoretycznie parafina tworzy na skórze lekko natłuszczającą, nieprzepuszczalną warstwę, która uniemożliwia ucieczkę cząsteczkom wody. Dlatego pomimo sezonu grzewczego stosuję dużą ilość gliceryny. :) 
Efekt jest świetny - rano skóra jest bardzo gładka i miękka, nie ma śladu szorstkości czy podrażnienia.
Zasada taka sama, jak w przypadku nakładania humektantu pod olej na włosy. :)


5. Kremy bazujące na parafinie/wazelinie.
Działanie na takiej samej zasadzie jak wyżej - na nawilżoną skórę (posmarowaną gliceryną lub kremem nawilżającym do twarzy) nakładam krem bazujący na wazelinie np. Epiderm. Stosowałam je również bez wcześniejszego nakładania humektantów.
Efekty jak wyżej - świetne. :)


6. Kremy i sera do twarzy.
Dłonie codziennie narażane na uszkodzenia mechaniczne i przesuszenie spowodowane chemią są jednocześnie wizytówką kobiety, dlatego zasługują na najlepsze traktowanie.
Często smaruję je produktami przeznaczonymi do pielęgnacji twarzy (jeśli robię masaż problem rozwiązuje się sam), a resztki po wklepaniu kremu w buzię zawsze dokładnie wcieram w dłonie.
Najczęściej stosuję serum Alterra anti-age z ekstraktem z orchidei i krem nawilżający Yves Rocher Hydra Vegetal. Kremy przeciwzmarszczkowe wskazane. :)


7. Kremy z filtrem.
Tak jak napisałam wyżej, dłonie zasługują na najlepsze traktowanie - staram się je pielęgnować równie starannie co twarz, dlatego przed każdym wyjściem z domu wsmarowuję w buzię i dłonie filtr z SPF 50+.
Po wspomnianym przesuszeniu na skórze pojawiły się płytkie przebarwienia, które zniknęły po złuszczeniu się naskórka. Wyglądały naprawdę okropnie, dlatego wolę im zapobiegać.




8. Sera silikonowe do włosów.
Związane ze sposobem nakładania serum na włosy - kroplę dokładnie wsmarowuję w całe dłonie i dopiero wtedy przeczesuję włosy palcami i wgniatam w końce.
Po takiej dawce silikonów dłonie są miękkie i gładkie, a śliska warstewka jest na tyle cienka, że w niczym nie przeszkadza. :)


Macie swoje sprawdzone sposoby na przesuszone dłonie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...