piątek, 25 września 2015

Składniki aktywne w odżywkach do rzęs - możliwe skutki uboczne


Wpis nieplanowany, ale moim zdaniem temat jest ważny.
Nieciekawe rzeczy o popularnych ostatnio odżywkach do rzęs słyszałam już nie raz. Im więcej o nich wiedziałam tym bardziej nie miałam ochoty ich kiedykolwiek próbować, a poniższy film jest bardzo dobrym i ciekawym podsumowaniem.
Dla zainteresowanych zostawiam również krótko i zwięźle napisany post o składnikach aktywnych w odżywkach do rzęs i możliwych skutkach ubocznych.
Więcej informacji na temat głównego składnika tych odżywek, odpowiedzialnego za spektakularne efekty - Bimatoprostu - znajdziecie tutaj, polecam przeczytanie całego wpisu.




czwartek, 24 września 2015

Wrześniowe zużycia - denko 9/2015


Bardzo lubię czytać tego typu posty i w końcu sama się za nie zabrałam. :) Wielka torba opakowań po kosmetykach zaczęła mi już trochę wadzić, czas je wszystkie krótko opisać. 
Zaczynam od produktów, które faktycznie zużyłam w ciągu ostatniego miesiąca. Kolejne denka będą starsze, chociaż dla ułatwienia sobie życia będę mimo to kontynuować nazywanie ich podobnie jak wyżej. 




Suchy szampon Batiste floral essences - o szamponach Batiste pisałam już tutaj. Są już stałym elementem mojego kosmetycznego wyposażenia, niesamowicie ułatwiają życie i z pewnością nie jest to tylko moje zdanie. Tę wersję zapachową uwielbiam, w łazience czeka czwarte opakowanie i na pewno nie ostatnie. Zbawienie dla posiadaczek grzywek. :) Kupię ponownie.

Żel pod prysznic Le Petit Marseillais kwiat pomarańczy - są wszędzie, u mnie także. Kwiat pomarańczy urzekł mnie swoim nietypowym zapachem, zupełnie odmiennym od wszechobecnych słodkości i cytrusów. Ma w sobie gorzką, mocną nutę, która bardzo mi odpowiada.
Właściwości pielęgnacyjne w zasadzie żadne (oprócz mycia oczywiście:)), ale jest gęsty, przyjemnie się pieni i nie podrażnia.  Kupię ponownie.

Olej ze słodkich migdałów - o nim pisałam tutaj, nawet producent ten sam. :) Tym razem kupiłam go głównie z myślą o pielęgnacji ciała. Olejek okazał się trochę zbyt tępy i trudny do rozprowadzenia przy codziennym stosowaniu, ale znalazłam na niego sposób. Połowę dolałam do resztki olejku Alterra limonka i oliwa, mojego ulubieńca zarówno pod względem zapachu jak i działania. Resztę z przyjemnością zużyłam olejując włosy.  Kupię ponownie.

Alterra, emulsja do twarzy - jeszcze nie doczekała się recenzji, a zasłużyła. Ma bardzo dobry skład, pozostawia skórę lekko natłuszczoną bez uczucia ściągnięcia. Nie radzi sobie zbyt rewelacyjnie z makijażem oczu (nie lubię używać w tym celu płynów micelarnych, toników i płatków kosmetycznych), ale można jej to wybaczyć.
Używałam jej także do mycia dłoni gdy były dramatycznie przesuszone i prawdopodobnie kupię ją w tym celu ponownie. Sezon na przesuszone dłonie u mnie już się zaczął...  Kupię ponownie.

Masło Shea - trochę temat rzeka :) Używałam go przede wszystkim do pielęgnacji twarzy i ciała. Nie zapycha, nie powoduje wyprysków - wręcz przeciwnie! Świetnie natłuszcza skórę i łagodzi stany zapalne. Po zastosowaniu na noc (zamiast kremu) rano nie musiałam myć twarzy przed nałożeniem makijażu, była nawilżona i gładka. Często używałam go tylko na skórę wokół oczu. Masło Shea jest naturalnym filtrem, ale raczej nie nadaje się na dzień:)
Od czasu do czasu używałam go do pielęgnacji ciała, niestety aplikacja jest uciążliwa ze względu na ciężkie rozprowadzanie i powolne rozpuszczanie się masła w dłoniach.
Nie sprawdziło się za to zbyt dobrze na włosach - użyłam go tylko parę razu i odpuściłam. Po co się męczyć, skoro mam na wyciągnięcie ręki znacznie lepsze oleje? :) Świetne działanie na skórę wynagrodziło mi włosową skuchę.
Sprawdziło się bardzo dobrze, ale nie jest to mój niezbędnik ani wielkie odkrycie, dlatego Może kiedyś kupię ponownie.

Znacie któryś z tych produktów?

niedziela, 20 września 2015

Szamponetka Joanna 03 naturalny blond - niedziela dla włosów


Po ostatnim tonowaniu szamponetką postanowiłam, że daję włosom odpocząć przynajmniej do połowy września. Ich przesuszenie w dolnych partiach było zbyt uciążliwe, a po ścięciu kilku centymetrów największych zniszczeń było mi zwyczajnie szkoda świeżych końcówek.
Nacieszyłam się nimi, w międzyczasie zrobiłam płukankę z gencjany i pewnie szamponetki nadal leżałyby w pudełku gdyby nie zdjęcia zrobione w minionym tygodniu. Uświadomiły mi, że jestem obecnie na jednym z najbrzydszych etapów zapuszczania naturalek. Pół głowy ciemnego blondu, reszta jaśniutka na poziomie 10. I przynajmniej kilka miesięcy czekania, aż będzie możliwe stworzenie delikatnego przejścia...
Z czystej ciekawości wybrałam saszetkę Joanny naturalny blond (mam jeszcze w zapasie ulubioną Delię jasny brąz i Marion ciemny blond, do którego nie jestem przekonana). Na końcu wpisu znajdziecie analizę składu.



Ze względu na sposób działania szamponetki zrezygnowałam z mycia włosów przed jej nałożeniem - Cocamidopropyl Betaine jest substancją myjącą łagodną dla skóry i błon śluzowych, ale nie pozostaje obojętna dla włosów. Skórę głowy oczyści na tyle, że szampon jest zbędny, natomiast powierzchnię włosów oczyści wystarczająco, by barwniki mogły się do nich "przyczepić". Dodatkowo mamy tutaj Cocamidopropyl Oxide będący detergentem, dlatego lepiej traktować tego typu produkty jak szampony i nie oczekiwać odżywienia. 
Moje włosy po każdym myciu po prostu potrzebują emolientów, dlatego również po szamponetce sięgam po coś wygładzającego i nakładam przynajmniej na chwilkę. Największym problemem jest fakt, że razem z odżywką spłukuję część barwnika. Nadal nie mam pomysłu jak to obejść, ograniczenie się do dociążającego sprayu nie wchodzi w grę. 
Tym razem padło na odżywkę po farbowaniu L'Oreal Preference, którą być może kojarzycie z ostatniej, bardzo udanej NDW. Sama nie wiem dlaczego miałam cień nadziei, że nie zmyje tyle barwnika ile pozostałe kosmetyki. 



Odrost ma już ładnych kilka centymetrów (nie mam pojęcia kiedy minęło pół roku...) i w miarę możliwości nie chcę go męczyć koloryzacją, nawet jeśli to tylko łagodna szamponetka. Udało mi się go ominąć, ale obsługa pędzelka do farbowania na sobie samej nie jest moją mocną stroną, dlatego wybrałam inną drogę. :)

  1. Po dokładnym rozczesaniu włosów zrobiłam łącznie 9 małych kitek - gumka oddzieliła odrost od farbowanej długości. 
  2. Każdą kitkę zmoczyłam (najpierw dłońmi, potem zmoczoną szczotką) aby dokładnie rozprowadzić szamponetkę i spienić ją, zgodnie z instrukcją.  
  3. Bez problemu nałożyłam szamponetkę, wystarczyła jedna saszetka. Zostawiłam niewielką ilość na później w celu realizacji punktu 4 :)
  4. Po 20 minutach zdjęłam wszystkie gumki, lekko zmoczyłam włosy przy nasadzie i wmasowałam w odrosty resztę produktu.
  5. Po 10 minutach całość spłukałam i nałożyłam na 2 minuty odżywkę po farbowaniu L'Oreal Preference.
  6. Odcisnęłam nadmiar wody z włosów, ułożyłam je palcami i wgniotłam w końcówki porcję serum Gliss Kur Ultimate Color. Zostawiłam do naturalnego wyschnięcia. 

Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach efekt jest bardzo delikatny i jak zwykle trudny do uchwycenia. :) Szamponetka nadała włosom ciepły beżowy odcień, ukryła brzydkie żółte tony
Dość dobrze znam swoje włosy, dlatego postanowiłam wykorzystać ich delikatne podsuszenie i większą objętość nawijając je na papiloty

Prawie suche przed nawinięciem na papiloty:
Przeczesane szczotką z włosia dzika.


Akurat słońce wyszło zza chmur :)


Po rozwinięciu papilotów:
Łapałam resztki naturalnego światła.






Po rozczesaniu grzebieniem z szeroko rozstawionymi ząbkami, następnie TT.
Było już za ciemno na zdjęcie bez lampy.



Skład:

Aqua - woda
Propylene Glycol - humektant, może podrażniać jeśli jest stosowany na chorobowo zmienioną skórę
Cocamidopropyl Betaine - delikatna substancja myjąca, łagodzi drażniące działanie silnych detergentów, pozyskiwana z oleju kokosowego
Palmitamidopropyltrimonium Chloride - antystatyk, kondycjoner
Cocamidopropylamine Oxide - detergent, antystatyk, substancja zwilżająca (ułatwia usuwanie zanieczyszczeń) i pianotwórcza
Hydroxyethylcellulose - zagęstnik, regulator lepkości, stabilizator
Disodium EDTA - sekwestrant, zwiększa trwałość kosmetyku; działa drażniąco na skórę, jest wytwarzany przy pomocy formaldehydu
Polyquanternium-10 - sól amoniowa o działaniu antystatycznym, ułatwia rozczesywanie włosów
Triethanolamine - regulator pH
Polysorbate-20 - emulgator, otrzymywany z oleju kokosowego, nietoksyczny
Panthenol - prowitamina B5, nawilżająca substancja aktywna - ma zdolność wnikania wgłąb skóry/włosa; wygładza, działa przeciwzapalnie, przyspiesza regenerację naskórka
Retinyl Palmitate - pochodna witaminy A, ochrania przed promieniowaniem UV
Tocopheryl Acetate - witamina E najczęściej otrzymywania syntetycznie, antyoksydant; wygładza zmarszczki, zapobiega ich powstawaniu, uelastycznia skórę
Linoleic Acid - kwas linolowy
Linolenic Acid - kwas linolenowy
Biotin - biotyna, witamina H
Bioflavonoids - witamina P
Pyridoxine HCI - witamina B6
Parfum - zapach
Benzyl Benzoate - składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen
Benzyl Salicylate - składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen
Hexyl Cinnamal - składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen
HC Blue No. 2 - barwnik
HC Yellow No. 1 - barwnik
HC Orange No. 1 - barwnik
Disperse Black 9 - barwnik
Disperse Fiolet 1 - barwnik
DMDM Hydantoin - konserwant o szerokim spektrum działania w dużym zakresie pH, donor formaliny
Methylchloroisothiazolinone - konserwant
Methyllisothiazolinone - konserwant



Wrócę do tej szamponetki jeśli będę potrzebować delikatnego tonowania bez ryzyka wpadki. Duży plus za stosunkowo małe przesuszenie.



środa, 16 września 2015

Warkocz - dlaczego warto go polubić?


Dwa tygodnie temu podzieliłam się z Wami moimi sposobami na zapanowanie nad włosowym kryzysem. Jednym z nich jest częstsze zaplatanie warkocza, który jednocześnie zastąpił mi ulubionego nocnego koczka.
W końcu spojrzałam prawdzie w oczy i z trudem przyznałam sama przed sobą, że to koczek może być główną przyczyną szybkiego pogarszania się stanu końcówek. Ale o tym innym razem. :)





Od początku miałam do warkoczy kilka zastrzeżeń, dlatego niechętnie zaplatałam je na noc i na dzień.
Przede wszystkim w dziennych fryzurach podkreślał nieładne końcówki, a oprócz tego zdecydowanie lepiej czuję się w rozpuszczonych włosach i takie noszę najczęściej.
Podczas biegania czy jazdy na rowerze zdecydowanie szybciej i łatwiej jest zrobić kitkę, którą długo uważałam za bardziej praktyczną i wygodną.
Najważniejsza kwestia - warkocz na noc. Jedynym powodem, który zaważył na wyborze sposobu związywania włosów do snu, był (oczywiście) ich kształt rano. Jako osoba unikająca prostownicy szukałam sposobu, który da najlepszy efekt niewymagający poprawek. Takim sposobem był koczek. Zachwycił mnie totalnie i spałam w nim co noc.
Warkocz natomiast funduje mi włosy nienaturalnie pofalowane, przyklapnięte przy głowie, bardzo brzydkie w okolicach końcówek. Wygląda to tak: płasko, fale, odgniecenie od gumki, końcówki proste jak druty.
Ten efekt nadal mnie nie zadowala, ale staram się znaleźć coś dla siebie. Kombinuję z warkoczem francuskim i holenderskim, używam różnych gumek, sprawdzam luźne i ciasne sploty. Może w końcu coś z tego wyjdzie.

Ale przecież nie męczyłabym się gdyby ta fryzura nie miała istotnych zalet, prawda? 


Dlaczego warto polubić warkocze?


  • W przeciwieństwie do koczka nie niszczą końcówek. Z odpowiednio dobraną gumką i wysokością jej zawiązywania możemy wyczarować fryzurę chroniącą włosy w nocy  i nieniszczącą końcówek.
    Jeśli obawiamy się, że "gołe" końce są narażone na uszkodzenia mechaniczne można owinąć je kawałkiem śliskiego materiału.
    Liczę na to, że moja diagnoza okaże się prawidłowa i po kilku tygodniach spania w warkoczu końcówki nadal będą w dobrej kondycji. :)
  • W przeciwieństwie do kitek i wysokich upięć nie obciążają cebulek. Jest to szczególnie istotne jeśli związujemy włosy często, są one z natury dość słabe, zmagamy się z ich nadmiernym wypadaniem lub mamy wrażliwą skórę głowy. Osłabione cebulki nie ujawnią się od razu, ale problemy mogą w końcu się pojawić. Lepiej temu zapobiegać. :)
  • W przeciwieństwie do kitek czy rozpuszczonych włosów nie narażamy się na kołtuny i konieczność częstego rozczesywania. Im częściej włosy się plączą, im częściej trzeba je rozczesywać i im więcej jest do rozczesania tym gorzej dla nich. Dosyć oczywiste i wcale nie takie proste w praktyce. :)
  • W warkoczu włosy po prostu nie mają jak się potargać, dlatego wystarczy poświęcić chwilę końcówkom, zdjąć gumkę i voila. Porządek na głowie gwarantowany niezależnie od warunków. :)
  • Dobrze zapleciony warkocz wygląda naprawdę pięknie i jest idealną opcją na gorsze włosowe dni. Warto nauczyć się przynajmniej jednej takiej fryzury, którą będziemy w stanie wyczarować w kilka minut. 


Jakie są Wasze nocne fryzury?
Dostrzegacie jeszcze jakieś zalety warkoczy?

___________________________

Post dodał się automatycznie, wracam 20 września. :)

niedziela, 13 września 2015

Niedziela dla włosów: Genialne dociążenie z olejem, naftą i keratyną

Za tak udaną niedzielę dla włosów pięknie dziękuję Basi, autorce bloga Black&Beige.
W ostatniej NDW spytałam o Wasze sprawdzone dociążające połączenia. Basia zostawiła mi ogólną wskazówkę, która trafiła w mój gust i dała mi motywacyjnego kopa. Znalazłam buteleczkę nieużywanej keratyny i przystąpiłam do działania. :)



Emolientowo-proteinowa maska:

Do miski wlałam 2 łyżki stołowe oleju lnianego, pół łyżki stołowej nafty kosmetycznej z olejem arganowym, 4 krople keratyny i wcisnęłam całą tubkę odżywki z farby L'Oreal Preference.
Dla ciekawskich poniżej zamieszczam jej skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Behentrimonium Chloride, Candelilla Cera/Candelilla Wax, Amodimethicone, Cetyl Esters, Isopropyl Alcohol, Tocopheryl Acetate, Lecithin, Tocopherol, Oleth-10, Phenoxyethanol, PPG-5-Ceteth-20, Ethylhexyl Salicylate, Ethylparaben, Trideceth-12, Chlorhexidine Dihydrochloride, Camphor Benzalkonium Methosulfate, Limonene, Linalool, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Phosphoric Acid, Geraniol, Disodium Cocoamphodipropionate, Methylparaben, Cetrimonium Chloride, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Amyl Cinnamal, Parfum



Początkowo planowałam użyć maski Auchan o której pisałam tutaj, ale ostatecznie padło na jedną z kilku tubek czekających na swoją kolej. Jak widać skład szału  nie robi, nie jest to nawet silikonowa bomba. Dobry kandydat na bazę. :)

Całość dokładnie wymieszałam widelcem, udało mi się uzyskać w miarę gładką masę.

Nałożyłam maskę na suche, rozczesane włosy od ucha w dół i zostawiłam na pół godziny.
Zużyłam całość, było tego sporo.



Mycie:

Zmoczyłam włosy i umyłam skórę głowy szamponem Garnier Ultra Doux cytryna i glinka.
Następnie długość umyłam maską Kallos Latte, którą wmasowywałam około 2 minuty.
Całość spłukałam, odcisnęłam nadmiar wody z włosów i zostawiłam je do naturalnego wyschnięcia.


Efekt:

Już podczas ostatniego spłukiwania czułam różnicę.
Po osuszeniu ręcznikiem postanowiłam delikatnie rozczesać włosy (myłam je nad wanną głową w dół, kto tak myje wie jak się potem układają :)) zamiast rozdzielać je palcami.
Byłam zaskoczona z jaką łatwością dały się rozczesać, zero oporu czy kołtunów. Wystarczyło dosłownie pięć pociągnięć.

Obserwowałam włosy podczas schnięcia i nieco obawiałam się, że pomimo cudnego wygładzenia będą troszkę obciążone. Na szczęście nic takiego się nie stało, a efekt przerósł moje oczekiwania. Ciężko opisać go w kilku słowach.

Dzień później.


To trochę jak spełnienie marzenia posiadaczki wysokoporowatych włosów o sypkiej, gładkiej i ciężkiej tafli, która tak charakterystycznie opada na plecy. Sprężyste, elastyczne i ciężkie ale nie obciążone. Do tego miękkie i błyszczące, nie straciły objętości. Mogłabym się nimi zachwycać bez końca. :) W takich chwilach dostrzegam sens filmowania włosów w ruchu.



Pomimo świetnego efektu liczyłam się z tym, że drugiego dnia mogą być takie jak zwykle gdy używam protein - usztywnione i nieco szorstkie na końcach. Na noc zaplotłam warkocz (z koczka zrezygnowałam niedawno).
Ku mojemu zdziwieniu rano końcówki były tak samo gładkie i elastyczne jak poprzedniego dnia, nie elektryzowały się i nie stały się matowe.

Dzień później.





Miałam ogromną ochotę powtórzyć ten zestaw jak najszybciej, ale muszę się wstrzymać. Keratyna dozwolona tylko raz na jakiś czas. :) Uświadomiłam sobie jednak, że odpowiednio zestawiona mi nie szkodzi, wręcz przeciwnie.

Lubicie keratynę?

piątek, 11 września 2015

7 "rzeczy", które ułatwiły mi życie


Ciężko obronić się przed zmęczeniem stricte włosową tematyką i wiem, że nie tylko mnie to dopadło. 
Blog pozostaje w większości włosowy i kosmetyczny, ale będę od czasu do czasu przemycać nieco inne, bardziej ogólne posty. Jak ten. :)
Jeśli chcecie przeglądać tylko posty o konkretnej tematyce (pielęgnacja włosów, niedziela dla włosów, szampony itp.) wystarczy kliknąć w wybraną etykietę po lewej stronie. 

Wpisy z linkami wartymi uwagi obecnie należą do moich ulubionych i z przyjemnością podam dalej 3 odnalezionych w ten sposób faworytów. Oprócz nich kilka oczywistości, którym uległam dopiero teraz. 



Minimalistyczny edytor tekstu, który dzięki swojej formie ułatwia koncentrację i sprawia, że pisanie staje się łatwiejsze. Szukałam takiego cuda od dawna i nie mogłam znaleźć nic dla siebie. Edytor postów Bloggera zupełnie mi nie pasuje, Word z kolei trochę mnie irytuje tym, że jest Wordem. ZenPen jest genialny w swej prostocie i tego mi było trzeba. Pisanie jeszcze nigdy nie było takie przyjemne :)
Jeśli znacie jego odpowiednik na którym można pracować offline - dajcie znać. 


Strona umożliwiająca skomponowanie dźwięków otoczenia idealnych dla odbiorcy. Jest bardzo prosta w obsłudze, a  dostępne ścieżki są dobrej jakości. W zależności od sytuacji (praca, nauka, relaks) dobieramy ulubione otoczenie i od razu jest przyjemniej. :) Sprawdza się zwłaszcza wtedy, gdy ciężko nam się skoncentrować lub odblokować kreatywność.
Moim ulubionym tłem do pracy i relaksu jest szum deszczu z cichą burzą w oddali. 
To, co słyszysz, robi naprawdę dużą różnicę.


Najprostszy czasomierz z kilkoma podstawowymi funkcjami. Można wykorzystać go do czegokolwiek np. podczas nauki lub odzwyczajania się od nieustannego sprawdzania co słychać na Facebooku.
Ja z kolei po raz pierwszy użyłam go podczas medytacji. Która, swoją drogą, okazała się bardzo pomocna.


To od tych blogów zaczęła się moja droga do bardziej przemyślanej szafy. Dopiero raczkuję i z trudem pozbywam się pojedynczych ubrań, ale nawet tak powolny postęp jest sukcesem. :) Dwie duże torby pełne ubrań do oddania i do sprzedania mówią same za siebie... A rzeczy, których powinnam się pozbyć jest w mojej szafie więcej. 
Dzięki dziewczynom przeanalizowałam swoje upodobania i potrzeby, w miarę możliwości określiłam swój styl (mam tu na myśli kolory, kroje i zestawienia) oraz zrobiłam listę ubrań, których po prostu potrzebuję. Lista zawiera dokładny opis każdej rzeczy uwzględniający jej przeznaczenie, kolor, krój i rodzaj materiału. Nie ma tu miejsca na zachcianki.
Dzięki niej zauważyłam pewne absurdy - kocham czerń, a ubrań w tym kolorze mam procentowo bardzo mało. Wśród różnokolorowych bluzek z krótkim rękawem nie ma ani jednego czarnego t-shirtu. Totalny bezsens. :)
Mogłabym pisać i pisać o tych porządkach, zmianach i metodach na bardziej sensowną garderobę. O wszystkich regułach, którymi warto się kierować i korzyściach płynących z analizy swoich ubrań i upodobań. W jakiś sposób poprawiają nastrój, ułatwiają życie i pomagają inaczej spojrzeć na to, co już mam. Przemyślana zawartość szafy to po prostu fajne wyzwanie i mniej zmartwień.


Medytacja
Podobno wystarczy 5 minut dziennie aby odczuć jej korzyści. Mnie uspokaja, uczy panować nad sobą i natychmiast poprawia samopoczucie. Pomaga szczególnie wtedy, gdy jestem poirytowana, nerwowa i zestresowana. Lub - tak jak ostatnio - gdy mam problem z koncentracją i pisaniem. 
5 minut brzmi bardzo niewinnie, dlatego polecam spróbować i przekonać się, że to coś więcej niż nieruchome siedzenie z zamkniętymi oczami. Naprawdę trudno przez ten krótki czas po prostu nie myśleć lub skupiać się na oddechu w celu odciągnięcia swojej uwagi od wszystkich rzeczy krążących po głowie. 



Dwa ostatnie punkty, te oczywiste. Prawdopodobnie można podzielić ludzi na dwie grupy - tych, którzy zaglądają na podlinkowane poniżej strony aby przeczytać recenzje lub znaleźć coś dla siebie oraz tych, którzy założyli konto i w pełni korzystają z dostępnych udogodnień.
Do niedawna zaliczałam się do pierwszej grupy i regularnie miałam problem z przypomnieniem sobie "co to był za film", wybraniem czegoś do obejrzenia lub znalezieniem na szybko (bo zazwyczaj tego wymaga sytuacja) książki zaliczającej się do interesującej mnie kategorii. Tak, wchodziłam na te strony od lat i z jakiegoś powodu wcale nie miałam ochoty zakładać konta. 

Najpierw uległam Lubimyczytać, później pochłonął mnie Filmweb. Było warto. 
Odszukanie w pamięci wszystkich obejrzanych filmów i przeczytanych tytułów to nie lada wyzwanie, nadal co jakiś czas trafiam na film lub książkę, której brakuje na liście. I z przyjemnością ją uzupełniam - satysfakcję daje świadomość, że tym razem mi nie ucieknie. :)
Moda na porządki, organizery, listy i plany ma się dobrze - polecam zrobić i utrzymywać porządek również wśród książek i filmów. Podobnie jak zapisywanie rzeczy do zrobienia, taki system zapewnia lżejszą i spokojniejszą głowę.

Trafiłam tu podczas poszukiwań pełnej listy książek napisanych przez Jurgena Thorwalda. Zostałam na dłużej gdy zrozumiałam jak łatwo jest znaleźć pozycje o podobnej tematyce. Kto szukał kiedykolwiek "czegoś podobnego do książki, którą właśnie przeczytał" ten wie, że to niełatwe zadanie. Jeśli nie ma się do dyspozycji tego typu portalu prędzej przyjdzie frustracja niż wpadnie w ręce odpowiedni tytuł.
Po założeniu konta mamy do dyspozycji półki do których przydzielamy książki np. "przeczytane", "teraz czytam", "ulubione" czy "chcę w prezencie". Chyba nie muszę mówić jak przydatna jest ostatnia. :) Dodatkowo mamy możliwość dodać znajomych i obserwować innych użytkowników. 

Podobnie jak wyżej, porządek i pomysły pod ręką gdy są potrzebne. Zamiast zastanawiać się i szukać wybieram coś z listy "do obejrzenia" i problem z głowy. Tylko i aż tyle. 



Trafiłyście ostatnio na coś, co choć w małym stopniu ułatwiło Wam życie? :)


środa, 9 września 2015

Krótko o kiepskim szamponie - Bobini 3w1


Był taki czas, kiedy miałam ochotę spróbować wszystkiego. Każdej istniejącej i polecanej odżywki, maski, oleju, szamponu... Znacie to? Zdarzało się, że gromadziłam w domu duży zapas kosmetyków i ciągle miałam ochotę na więcej. 
Na szczęście to już za mną. :) Zostało mi jednak z tamtego okresu trochę wspomnień, które warto opisać.  Jednym z nich jest szampon Bobini po który sięgnęłam pod wpływem chwili. Babydream już wtedy był moim ulubionym i zawsze sprawdzał się dobrze, ale tak jak napisałam wyżej, przecież trzeba spróbować wszystkiego. Wrzuciłam go do koszyka po szybkim przeczytaniu składu.
Teoretycznie jest to szampon, żel pod prysznic i płyn do kąpieli w jednym. 

Cena: ok. 7zł / 400ml



Skład:

Aqua - woda

Cocamidopropyl Betaine - delikatna substancja myjąca, łagodzi drażniące działanie silnych detergentów, pozyskiwana z oleju kokosowego

Glycerin - gliceryna, humektant, działanie nawilżające, jednak stosowania w nieodpowiednich warunkach określanych tzw. punktem rosy (np. sezon grzewczy) może wykazywać działanie
odwrotne

Sodium Cocoamphoacetate - substancja myjąca łagodna dla skóry, wytwarzana z kwasów tłuszczowych oleju kokosowego, łagodzi drażniące działanie anionowych substancji powierzchniowo czynnych np SLES

Coco Glucoside - delikatny detergent, łagodzi drażniące działanie anionowych substancji powierzchniowo czynnych np. SLES, substancja pianotwórcza, stabilizator, emulgator

Glyceryl Oleate - emolient tłusty, tworzy film zapobiegający odparowywaniu wody, kondycjonuje, wygładza, nadaje połysk, emulgator, substancja renatłuszczająca, komedogenny

Lauryl Glucoside - delikatna substancja myjąca, łagodzi drażniące działanie silnych detergentów, emulgator, substancja stabilizująca i pianotwórcza

Sodium Cocoyl Apple Amino Acids - substancja pianotwórcza, kondycjoner

Avena Sativa Kernel Extract - owies zwyczajny, nawilża, poprawia strukturę włosów, wzmacnia, przyspiesza porost włosów

Sodium Cocoyl Glutamate - substancja myjąca, będąca kombinacją kwasu glutaminowego i naturalnych kokosowych kwasów tłuszczowych

Sodium Lauryl Glucose Carboxylate - łagodny detergent, substancja pianotwórcza

Citric Acid - kwas cytrynowy, regulator pH, rozpuszcza się w wodzie

Sodium Benzoate - sól kwasu benzoesowego, konserwant zapobiegający rozwojowi mikroorganizmów

Potassium Sorbate - konserwant

Denatonium Benzoate - substancja posiadająca tytuł najbardziej gorzkiej substancji na świecie, nadaje kosmetykowi gorzki smak mający na celu zniechęcenie do konsumpcji (przypominam, ze mamy do czynienia z szamponem dla dzieci:))



Opinia, działanie:

Zapach typowy dla produktów dla dzieci, pudrowy i trochę męczący. Konsystencja właściwie niezła, niezbyt lejąca. 
Niestety wydajność tego szamponu... On po prostu wcale nie był wydajny, nie był też normalny, nie pasował nawet do kategorii "w miarę". Tragedia i tyle.
W momencie nanoszenia na włosy dosłownie w nich znikał nie dając szansy na jakiekolwiek rozprowadzenie. Nie pienił się w zasadzie wcale, co z kolei uniemożliwiało jakąkolwiek kontrolę nad wmasowywaniem. 
Stałam nad wanną z mokrymi włosami ze świadomością, że nałożyłam na nie 3 porcje szamponu nie mając pojęcia gdzie się podziały. Włosy były sztywne, tępe w dotyku i splątane. Masowałam je nie bardzo wiedząc czy szampon jest rozprowadzony równomiernie, spłukiwałam i czekałam na efekt nie wiedząc co zobaczę. 
Zdarzało się, że włosy już po kilku godzinach od mycia wyglądały nieświeżo i były oklapnięte, ale ogólnie pod tym względem nie było bardzo źle. 
W związku z tragiczną wydajnością szampon starczył mi na 5 lub 6 myć (ulżyło mi).

Nie polecam. Chyba, że bezskutecznie szukacie szamponu, który nie podrażnia skalpu, wtedy warto spróbować. :)

Używacie delikatnych szamponów?

niedziela, 6 września 2015

Niedziela dla włosów: Mój sposób na proste włosy


Tak naprawdę wolę fale i duże loki, jednak wysiłek jaki muszę włożyć w ich stworzenie na moich włosach skutecznie mnie do tego zniechęca. Zwłaszcza, że nie mam już do dyspozycji niezawodnego nocnego koczka (za bardzo niszczy mi końcówki), a jeśli mam mieć na głowie fale muszą być dokładnie takie, jak lubię. :)
Właśnie dlatego czasami proste włosy to lepsze i łatwiejsze rozwiązanie.

Cudów nie ma, niestety to nie sposób na wyprostowanie sprężynek. Raczej propozycja dla włosów, które lubią się wykrzywiać, podwijać i zawijać w nieciekawe twory.

Nie jest to również  nic zaskakującego ani skutecznego w 100%. To po prostu dociążąjąco-wygładzająca bomba, która sprawdziła się u mnie idealnie.
Oczywiście towarzyszy jej zmniejszenie objętości włosów, coś za coś. 



Plan działania:
  1. Wymieszałam olej lniany z naftą w proporcjach 1:1 i nałożyłam na suche włosy od ucha w dół. Warto wspomnieć, że włosy zawsze olejuję obficie. :) Prawdopodobnie na włosach wylądowały 2-3 łyżki stołowe takiej mieszanki i posiedziały na nich około godziny.
  2. Zmoczyłam włosy i dokładnie umyłam skórę głowy oraz odrost (tzn. około 7-10 cm włosów mierząc od ich nasady) oczyszczającym szamponem Neutral do włosów normalnych.
    Skupiam się na najzdrowszych partiach włosów, ponieważ nie wymagają dociążania, wręcz przeciwnie - moim celem jest odbicie ich od skóry głowy.
    Tak, dobrze widzicie, nie zmywam szamponem oleju ani nafty. Długość (zwłaszcza końce) nadal są porowate i ten sposób mycia służy im najbardziej.
  3. Na naolejowane partie włosów nałożyłam porcję maski Inebrya Ice Cream Smoothing Mask i zostawiłam na 20 minut. Tak jak wspominałam we wpisie o 14 sposobach na włosowy kryzys, jest to mój wygładzający pewniak. :) W dodatku w niezłej cenie.
  4. Po spłukaniu maski, odciśnięciu z włosów nadmiaru wody i ułożeniu ich palcami na końce nałożyłam niewielką ilość mojego ulubionego ostatnio serum Gliss Kur Ultimate Color. Wyschły naturalnie.


To tyle. 
Dlaczego taki zestaw działa na moje włosy "prostująco"? 
Nie mam pewności. Najprawdopodobniej udało mi się znaleźć odpowiedni zestaw wygładzających składników. :)

Olej lniany i nafta powlekają włos tworząc szczelną warstwę, która wygładza i dociąża(cecha charakterystyczna emolientów). Ciężki silikon będący kluczowym składnikiem maski (plus jeden lekki i dwa oleje) świetnie uzupełnił działanie oleju lnianego i nafty, on również powleka, wygładza i dociąża. Niesforne końcówki wygładziło i uelastyczniło serum (silikony i oleje). 

Kompozycja udała mi się świetnie, co oczywiście jest dziełem przypadku. :) 
To już czwarty raz gdy korzystam z tego połączenia i efekt jest jeszcze lepszy dzięki świeżo podciętym końcówkom. 




Niedługo po wsychnięciu, jeszcze trochę fruwające. :)


Macie swoje sprawdzone dociążające połączenia?

piątek, 4 września 2015

Złota maska ajurwedyjska Planeta Organica - dla kogo?

Mam ją już tak długo, że wstyd się przyznać ile to już miesięcy. :)
Długo leżała w pudle i czekała na swoją kolej. Obecnie warunki są idealne (świeżo podcięte włosy, ok. 5,5 cm mniej), dlatego postanowiłam ostatecznie się z nią rozprawić, czyli zużyć i zrecenzować.

Zdaje się, że nigdy nie uda mi się trzymać tempa blogosfery. Maski Planeta Organica wszyscy znają z widzenia bądź z autopsji, fala recenzji i analiz dawno już przeszła przez blogi. Teraz kolej na mnie. :)

Cena: ok. 32zł / 300ml



Skład:

Aqua with infusions of:
Organic Melia Azadirachta Seed Oil - organiczny olej z drzewa nim, ma działanie nawilżające i kondycjonujące; jest bogaty w wit. E i aminokwasy
Hydrocotyle Asiatica Extract - wąkotka azjatycka, zawiera kwas asjatowy będący silnym antyoksydantem, wzmacnia cebulki włosów i poprawia mikrocyrkulację krwi
Euterpe Oleracea Fruit Extract - jagody acai, zawierają pełen zestaw witamin i minerałów
Organic Santalum Album (Sandalwood) Oil  organiczny olej z drzewa sandałowego, wzmacnia cebulki włosów
Cedrus Atlantica Bark Oil - olej cedru atlantyckiego, zmniejsza łojotok i zapobiega powstawaniu łupieżu, działa antyseptycznie
Juniperus Communis Fruit Extractekstrakt z owoców jałowca pospolitego, wzmacnia cebulki włosów, pomaga w walce z łupieżem, tonizuje skórę i reguluje wydzielanie sebum
Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extractekstrakt bambusa, charakteryzuje się dużą zawartością krzemionki, wzmacnia osłabione włosy, wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, nawilża, wygładza, nabłyszcza, absorbuje promieniowanie UV

Cetearyl Alcohol - niejonowa substancja powierzchniowo czynna, emolient tłusty, często komedogenny; tworzy film, który zatrzymuje wilgoć, zmiękcza, wygładza i pośrednio nawilża włosy i skórę

Amodimethicone - lekki silikon zmywalny łagodnym szamponem; emolient suchy; ma działanie antystatyczne, tworzy ochronną warstwę zapobiegającą odparowywaniu wody i wyrównującą powierzchnię włosa lub skóry; polecany dla włosów zniszczonych, wysokoporowatych - film, który tworzy, pogrubia włos; nie jest komedogenny

Cetrimonium Chloride sól amonowa,konserwant, kondycjoner, kationowa substancja powierzchniowo czynna; nadaje włosom połysk, wygładza, ułatwia rozczesywanie, działa antystatycznie, ułatwia spłukiwanie produktu z włosów

Behentrimonium Chloride - substancja aktywnie myjąca, oczyszczająca włosy i skórę, dobrze się wchłania; wygładza, ułatwia rozczesywanie, zapobiega elektryzowaniu. Nabłyszcza włosy, nadaje im miękkość i sprężystość

Cetyl Ether 

Mica - mika, pigment mineralny, odpowiada za piękny połysk maski (drobinki)

Titanium Dioxide - filtr UV

Silica - stabilizator, wypełniacz, wpływa na lepkość kosmetyków i ich konsystencję, zapobiega rozwarstwianiu

Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride - działanie antystatyczne, ułatwia rozczesywanie włosów

Parfum - zapach

Benzyl Alcohol - konserwant dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych

Benzoic Acid - konserwant

Sorbic Acid - kwas sorbowy, konserwant dopuszczony do stosowania w kosmetykach naturalnych

Citric Acid - kwas cytrynowy, regulator pH, rozpuszcza się w wodzie



Opinia, działanie:

Zapach orientalny, całkiem mocny - cecha charakterystyczna tej serii produktów Planeta Organica, zapachy wszystkich wersji są nietypowe, a jednocześnie znacznie się od siebie różnią. 

Konsystencja przypomina masełko, maska bardzo dobrze się rozprowadza i jest wydajna
Dodatkowo złote drobinki pięknie się mienią, niestety nie pozostają na włosach. 


Wersja ajurwedyjska była pierwszą maską PO jaką zamówiłam. Zastanawiałam się jeszcze nad marokańską (już mam) i tajską (jeszcze nie mam), ale ostatecznie przesądził jakiś post. Prawdopodobnie u BHC. :)

Dwa lub trzy pierwsze użycia były w zasadzie rozczarowaniem. Rzadko wydaję tyle pieniędzy na pojedynczy kosmetyk, biorąc pod uwagę cenę w przeliczeniu na litr.
Niestety okazała się zbyt lekka dla suchych końcówek. Samodzielnie nie była w stanie ich dostatecznie wygładzić i dociążyć, co skutkowało plątaniem i spuszeniem. Na drugi dzień pozostawało mi jedynie związać włosy. Jednocześnie zdarzało jej się w dziwny sposób obciążać włosy w okolicach szyi i głowy... Jesteście w stanie sobie to wyobrazić? Przylizana góra i pudel na dole. :)

*jak widać, nie mam tabletu. Starałam się.

Na blogach innych włosomaniaczek wyczytałam, że dla wielu złota maska PO okazała się zbyt obciążająca. U mnie również po części tak było gdy nakładałam ją na najzdrowsze partie włosów (patrz wyżej).

Z powodzeniem mieszałam ją z olejami i innymi odżywkami, ale zachwytu nie było. Nie kupiłam jej z zamiarem tuningowania, więc ta konieczność po prostu mnie denerwowała.
Zużyłam 2/3 opakowania i schowałam do pudła "na później". :)

Dlaczego wróciłam do niej właśnie teraz? Moje końcówki są gęste, zdrowe i nawilżone. Świeżynki, chociaż nadal porowate. :) Póki mogę cieszę się kosmetykami dodającymi włosom lekkości i objętości.
Złota maska PO sprawdza się teraz idealnie - wygładza włosy nie obciążając ich (nakładam ją na 1/3 długości), dzięki niej są sypkie, błyszczące i jest ich DUŻO. Bez puchu.
To, co było wcześniej problemem stało się zaletą. Na przesuszonych końcach zupełnie nie robiła wrażenia pomimo swoich właściwości wygładzających i dociążających, które niestety ujawniają się tylko na zdrowszych włosach. Nadal nie mam pomysłu co jest powodem takiego zachowania. 

Wydaje mi się, że typ włosów na których ta maska sprawdza się najlepiej to taki umowny środek. Nie dla włosów bardzo zdrowych, ale również nie dla bardzo zniszczonych. Kusi mnie napisanie, że to ideał dla posiadaczek włosów średnioporowatych, ale jak już wszystkie wiemy porowatość nie jest jedynym i najważniejszym wyznacznikiem stanu, typu i potrzeb włosów. Zwłaszcza, że często ciężko stwierdzić co tak naprawdę mamy na głowie. :)


Na koniec mała uwaga. Pomijając wszelkie fioletowe produkty, nie znam masek ani odżywek które byłyby równie brudzące co maski Planeta Organica. Po użyciu (nałożeniu, spłukaniu) wanna jest cała w kropki, których nie da się spłukać. Maska momentalnie zastyga i daje się usunąć tylko poprzez starcie lub (jeśli posiedzi na wannie za długo) zdrapanie. Dotyczy to zarówno wersji ajurwedyjskiej jak i marokańskiej.

Macie, znacie? :)

wtorek, 1 września 2015

14 sposobów na włosowy kryzys


Ostatnie dwa miesiące były w zasadzie jednym wielkim włosowym kryzysem. Upały, praca, słońce, kąpiele w jeziorze i brak czasu przez który często używałam suszarki, spałam w mokrych włosach i nie zastanawiałam się nad dopasowaniem pielęgnacji... Na efekty nie musiałam długo czekać.

Tydzień temu ścięłam 5-6 cm koszmarnie suchych końcówek (różnica jest ogromna, poprawa natychmiastowa), ale do tego czasu sporo się namęczyłam nad zmuszeniem ich do jakiejkolwiek współpracy.
Jest kilka rzeczy, które bardzo mi w tym pomogły i o nich chciałabym tym razem napisać parę słów. :)
Kolejność przypadkowa.






           1. Sprawdzona maska-pewniak Inebrya Ice Cream Smoothing Mask.

Kupiłam ją w ciemno na stronie Empik, była dość tania (23 zł za pół litra).
Jest najlepszą wygładzająco-dociążającą maską jakiej kiedykolwiek używałam. Wracam do niej przy każdym włosowym kryzysie lub w sytuacjach, gdy nie mogę pozwolić sobie na wpadkę.
Jeśli końce nie dają się w żaden sposób wygładzić, są sztywne, plączą się itd. maska Inebrya jest moją ostatnią (i w 100% skuteczną) deską ratunku.

Każde włosy lubią coś innego, dlatego dla innej osoby taką maską może być równie dobrze Kallos, Biovax lub dowolna odżywka. Chodzi o to, żeby znaleźć swojego pewniaka.
Czym cechuje się pewniak? Jest przewidywalny, a efekt jaki daje zasługuje na miano przynajmniej zadowalającego.

          2. Ograniczenie czesania i zmiana Tangle Teezer'a na szczotkę z włosia dzika.

Tak, to jest temat na cały odrębny post... Większość z nas nie zdaje sobie sprawy jak bardzo czesanie wpływa na stan włosów. Zwłaszcza na końcówki, w szczególności włosów uwrażliwionych.
Być może niektóre z Was zastanawiają się dlaczego pomimo odpowiedniej, troskliwej pielęgnacji końce niszczą się równie szybko co kiedyś. A może nawet szybciej?
Warto rzucić okiem na szczotki i przeanalizować w jaki sposób i jak często rozczesujecie włosy.
Przyznaję się bez bicia, że w ciągu ostatnich paru miesięcy zbyt często rozczesywałam włosy, w dodatku sięgając po Tangle Teezer. Może było szybciej i wygodniej, ale skutki były bolesne (5 cm...).

Zmieniłam TT na szczotkę z włosia dzika, rozczesywałam włosy delikatniej i bardziej cierpliwie, a gdy były narażone na plątanie (rower, bieganie, praca, sen) zaplatałam je w warkocz.
Zmiany przyniosły dobry efekt - odłamywanie końcówek przestało być problemem, dzięki warkoczowi rozczesywanie było delikatniejsze ze względu na znikomą ilość kołtunów i innych podobnych tworów.

          3. Suszenie "chłodnym" nawiewem.

Podobnie jak Inebrya (czyli maska-pewniak) takie suszenie przynosi u mnie natychmiastowy efekt.
Wymaga sporo cierpliwości, ale włosy są zupełnie odmienione. Sypkie, śliskie, miękkie, łatwo się rozczesują i nie puszą. 

          4. Zrezygnowanie z nocnego koczka i odgniatających upięć.

Z koczka przede wszystkim. Już jakiś czas temu zauważyłam, że włosy mają go dość, zwłaszcza suche końcówki. Długo bagatelizowałam sprawę, z przyzwyczajenia i wygody nadal zawijałam koczka na noc i szłam spać.
Niedawno przestawiłam się na warkocze i patrząc wstecz widzę, że kok tylko pogarszał sprawę - bezlitośnie odgniatał włosy w najbardziej wrażliwych partiach, niektóre końcówki zostawały w dziwnych pozycjach na dłużej i przez to plątały się z sąsiednimi. Błędne koło.

          5. Zaplatanie warkocza i używanie miękkich gumek.

O miękkich gumkach raczej nie trzeba pisać, natomiast warkocz zasługuje na kilka słów. 
Być może nie da się uzyskać dzięki niemu tak pięknych i naturalnych fal jak z pomocą koczka, ale w odróżnieniu od niego jest delikatniejszy dla wrażliwych końcówek. Są w znacznie lepszym stanie gdy na noc zostawiam je w luźnym warkoczowym "pędzelku" niż zwinięte w koku. 
Bardzo ważną zaletą warkocza jest utrzymywanie włosów względnie uporządkowanych i niesplątanych niezależnie od warunków. Przykładowo: po powrocie z kilkugodzinnej wycieczki rowerowej wystarczy delikatnie rozczesać końcówki, rozpleść warkocz i przeczesać włosy. Walki z rozczesywaniem byłoby nieporównywalnie więcej gdybyśmy zdecydowały się na kitkę.
Dodatkowo warkocze z reguły nie obciążają tak cebulek jak wszelkie wysokie i ciasne upięcia. 

          6. Złożona pielęgnacja.

Będę ten punkt powtarzać do znudzenia. :) Ale prawda jest taka, że da się w ten sposób uzyskać znaczną poprawę. Wszystkie informacje znajdziecie w poniższych postach:

          7. Dokładne oczyszczenie.

W dużej mierze związane ze złożoną pielęgnacją, chociaż samo w sobie ma dużą moc.
Wystarczy prosty szampon z mocnym detergentem i dokładnie mycie. Często myję włosy dwa razy pod rząd lub zostawiam na nich szampon na parę minut. 
Z oczyszczonym włosem można wiele zrobić - przymknąć łuski, nawilżyć, wzmocnić proteinami, natłuścić. Gdy ta nadbudowywana przez wiele dni warstwa kosmetyków przestaje włosom służyć (co da się zauważyć zwracając uwagę na ich stan i zachowanie) wystarczy oczyścić je szamponem i zacząć cały proces od nowa. 

          8. Jajko.

Czyli dawka protein, która dobrze podana potrafi przywrócić włosy do życia. :) 
Wystarczy wybrać swoje ulubione (może to być keratyna, proteiny mleczne itd.) i położyć na włosy w sposób dający najlepsze efekty. Ja lubię połączyć je z humektantami i dużą ilością emolientów, ale na innych włosach mogą rewelacyjnie sprawdzić się bez takiego wsparcia. Po konkrety odsyłam do punktu wyżej na temat złożonej pielęgnacji. :)

          9. Olejowanie sprawdzonym olejem.

Banał, ale czasem zapominamy o świetnych olejach i rzucamy się w wir testowania. Z czarnuszki, z wiesiołka, z nasion malin, z nasion truskawki, jojoba... Gdy nic nie pomaga warto przypomnieć sobie jak zaczynałyśmy i który olej dał najbardziej spektakularne efekty. W moim przypadku zmiana mieszanek Alterry na poczciwy olej lniany wyszła na dobre. 

          10. Samorobiona odżywka w sprayu.

Używałam jej namiętnie parę lat temu, gdy jeszcze puch dotyczył włosów w okolicach głowy. Była moim wybawieniem i żadna gotowa odżywka, żadne serum czy olej roztarty w dłoniach nie mógł jej dorównać. Przygotowanie jest banalnie proste i nie wymaga zamawiania półproduktów. :)
Do opakowania z atomizerem wlewam około 100 ml ciepłej wody, dodaję łyżeczkę ulubionej emolientowej odżywki lub maski i łyżeczkę ulubionego oleju. Dokładnie mieszam, wstrząsam i sprawdzam na włosach jak działa. Jeśli potrzebuję mocniejszego wygładzenia i  nabłyszczenia dodaję jeszcze więcej oleju, po łyżeczce. Tak przygotowaną odżywkę trzeba wstrząsnąć przed każdym użyciem. :) 
Zawsze robię małe porcje, które zużywam w ciągu dwóch tygodni. 

          11. Nafta kosmetyczna.

Stały punkt na mojej kosmetycznej liście, zawsze mam ją w łazience i używam od czasu do czasu. Najczęściej wtedy, gdy oleje nie dają sobie rady z siankiem na końcach. :) Potrafi poradzić sobie z ciężkimi przypadkami, warto dać jej szansę.
Więcej o stosowaniu nafty w pielęgnacji włosów napisałam tutaj, a o samej nafcie i jej właściwościach tu.

          12. Do szybkiego wygładzenia olej zamiast serum.

W celu ujarzmienia puchu część z Was sięga po sera silikonowe. Poprawa bywa chwilowa, a z czasem puszenie nasila się, końcówki usztywniają się jeszcze bardziej. 
Warto w takich sytuacjach wypróbować niewielką ilość ulubionego oleju roztartego w dłoniach lub olej wymieszany z silikonowym serum. Włosy dłużej pozostaną elastyczne i miękkie. 

          13. Papiloty, czyli wizualnie zdrowsze włosy.

Często sięgam po nie gdy końcówki pozostawione same sobie (lub zwinięte w koczka) wyglądają na tyle źle, że jedynym wyjściem byłoby prostowanie.
W przeciwieństwie do miękkich gąbkowych, sztywniejsze piankowe papiloty pozwalają na uzyskanie ładnego równomiernego skrętu na całej długości i nie plączą włosów. Przy odrobinie wprawy zakłada się je bardzo szybko. Uzyskana fryzura maskuje zbuntowane partie włosów i zmniejsza puszenie.
         
          14. Podcięcie.

Metoda szybka i skuteczna, raczej nielubiana. :)
Planowałam ściąć kilka centymetrów umęczonych włosów we wrześniu, gdy wrócę z ostatniego wakacyjnego wyjazdu. Nie wytrzymałam i pozbyłam się końcówek w zeszłym tygodniu, mając na uwadze, że wszystko co dla włosów najgorsze już minęło.
Planowałam 3 cm, ostatecznie podjęłam męską decyzję i jestem lżejsza o 5-6 cm wymęczonego sianka. Różnica jest ogromna, nie mogę się nacieszyć tymi przyjemnymi końcówkami, które da się przeczesać palcami. I nie są smętnym ogonkiem. :)


A jakie są Wasze sposoby na włosowy kryzys? :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...